Mój pierwszy raz w Barcelonie

Hiszpania 30.03-1.04.2007

Notatki robione na kolanie, spora część opisów pominięta, będą przy zdjęciach.

Przed wyjazdem koleżanka ostrzegała mnie, żebym przygotował sie na „mało snu, piękne kobiety i przystojnych mężczyzn”. Jeden z tych elementów interesował mnie ciut bardziej niż pozostałe. Przygotowałem się, przynajmniej tak mi się wydawało. Rzeczywistość uwielbia płatać figle i tym razem nie przepuściła okazji.


Centrum Barcelony

Po pracy weszliśmy do hotelu, chwila na ochlapanie się pod prysznicem, ostatnie maile wysłane i w drogę! Drużyna zebrała się doborowa: Tomek, Marcin i ja. Zatankowalismy i ruszamy! Droga jest prosta, prawie cały czas autostradami. Po drodze zaczęły się moje pierwsze razy. W tamta drogę jechał Tomek, ja oglądałem sobie okolicę przez okno. Pierwszą niespodziankę spotkałem na granicy Francji i Hiszpanię, a mianowicie samą granicę. Wyglądała jak po ataku bronią chemiczną – we wszystkich budynkach ciemno, ani jednego człowieka. Właściwie wyglądała jakby od kilku miesięcy nikt tam nie zaglądał. Przejechaliśmy bez zatrzymywania się. Taki przejazd naprawdę robi wrażenie. Wcześniej latając bez paszportu poczułem, że jestem europejczykiem. W piątek, przekraczając granicę łatwiej niż bramkę na autostradzie pierwszy raz poczułem zjednoczoną europę. Mała rzecz, a znaczy tak dużo.

Autostrada, którą przekraczaliśmy granicę między Francją a Hiszpanią przejeżdża przez góry. Są śliczne, widoki niesamowite. Rozglądałem się na boki i w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że zaczynają się jakoś szybciej przesuwać. Poczułem, że ktoś z tyłu nerwowo łapie moje siedzenie. Spojrzałem na Tomka, skupiona mina nie wróżyła nic dobrego. Spojrzałem na licznik i zrozumiałem – pierwszy raz w życiu przekroczyłem 200km/h. Dziwne uczucie, mózg zaczyna szybciej pracować. Na szczęście Porsche, które Tomek próbował dogonić uciekło gdzieś za górkę i wróciliśmy do normalnej jazdy. Warto spróbować, nie warto powtarzać za często :)


Blokowisko

Dalsza część drogi była dość monotonna, zrobiło się ciemno i dużo widoków mi umknęło. Czas mijał nam radośnie na nauce hiszpańskiego, do Barcelony zdążyliśmy opanować tylko najprzydatniejszy zwrot, tj „no entiendo”. Mając pewność, ze nikt, kto będzie próbował z nami rozmawiać nie będzie miał wrażenia, że go rozumiemy, wjechaliśmy do Barcelony i zjechaliśmy z obwodnicy.

Barcelona w nocy jest bardzo ładna. Sporo naprawdę widowiskowych wieżowców. Ulice jasno oświetlone, szerokie, ładnie się jedzie. Tak ładnie, że przejechaliśmy spory kawałek za daleko :) Po namyśle postanowiliśmy wykonać jedyny słuszny manewr, który przyszedł nam do głowy – skręciliśmy w pierwszą w prawo. Biorąc pod uwagę widowiskowość wycieczki był to pomysł bardzo dobry, biorąc pod uwagę cel – hostel, nie był aż tak trafny. Barcelona jest miastem opartym na siatce ulic – z lotu ptaka wygląda jak kartka w kratkę. Prawie każda ulica jest jednokierunkowa, naprzemiennie w prawo lub w lewo. Zanim odkryliśmy ten wzorzec zdążyliśmy kilka razy skręcić tak jak pozwalała droga. Kierując się głównie orientacją (zabranie mapy byłoby zdecydowanie zbyt proste), kluczyliśmy po mieście. Wewnątrz miasta udało nam się zobaczyć kilka ładnych rond z pomnikami na środku, niektóre nawet więcej niż jeden raz.


Znów centrum Barcelony

W końcu dojechaliśmy do jakotakiego centrum. Postanowiliśmy zostawić auto w pierwszym wolnym miejscu i pójść dalej na pieszo. Dochodziła północ, centrum miasta było całkiem zatłoczone, dziesiątki ludzi przelewały się bez widocznego celu. Oglądając naprawdę śliczne kamienice dotarliśmy do hostelu. Marcin, jako jedyny z nas umiał po hiszpańsku więcej niż no entiendo, więc zaczął rozmawiać z recepcjonistą. Namęczył się biedak, nagimnastykował, a gdy już powiedział o co chodzi, recepcjonista z rozbrajającym uśmiechem powiedział „A, to Panowie są z Polski, wasza koleżanka już czeka w pokoju”. Okazuje się, że polski dla hiszpanów jest dość prosty. Zbierając szczęki z podłogi poszliśmy do pokoju. Miriam, przyjaciółka Marcina, przywitała nas. Spojrzeliśmy na zegarki, była północ. Najwyższy czas, żeby wyjść na miasto.

Ludzie w Barcelonie wychodzą się pobawić dopiero po dziesiątej. Pierwszy raz widziałem tyle ludzi na raz na ulicy o pierwszej nad ranem. Ludzi kolorowych i to dosłownie. Różne kolory skóry, kolorowe ubrania, chociaż dopiero dużo później zobaczyliśmy ludzi naprawdę poprzebieranych – np. za psa pluto; faceta w jaskrawozielonym damskim kostiumie kąpielowym i cholera wie jak jeszcze. Wszyscy z szerokim uśmiechem na ustach. Uśmiech był podtrzymywany przez pakistanczyków, którzy zmonopolizowali lokalny rynek obnośnej dystrybucji piwa. Są co kilka metrów – jedna puszka za jedno euro. Chlopaki kupili, podobno przeciętne, ja się nie skusiłem. Chodziłem i oglądałem. Po głowie chodziła mi cały czas szanta „... i smak waszych ust hiszpańskie dziewczyny...”. Smaku nie poznałem, ale popatrzeć było bardzo przyjemnie :) Było tam naprawdę dużo pięknych kobiet i to mimo tego, że niektóre znane mi Łodzianki ustawiły poprzeczkę bardzo, bardzo wysoko (oj jak wysoko!). Tak, Barcelona to piękne miasto :)

Tym pasażem rozrywkowym szliśmy dość długo. I tam pierwszy raz zaczepiła mnie, nazwijmy to ładnie, panna do wynajęcia. Mogłoby się wydawać, że to może być fajne. Ale nie jest. Miriam, Tomek i Marcin zataczali się ze śmiechu, mi się trochę mniej podobało ;)


Palmy nad morzem

Pasaż kończy się gigantycznym pomnikiem kolumba, za nim znajduje się port, do którego wybraliśmy się na spacer. Po drodze pierwszy raz widziałem pierwszą randkę gejów – głębokie spojrzenia w oczy, uśmiech, jeden z nich miał czerwoną różę w ręce. Hiszpanie od czasu śmierci Franco pokochali wolność (o czym trochę dalej) i naprawdę wiedzą jak z niej korzystać. Pozazdrościć i uczyć się trzeba. Polskę i Hiszpanię dzieli ogromna przepaść, mamy możliwość uczyć się na ich doświadczeniach, więc to róbmy. Koniec trucia.

Szliśmy sobie nabrzeżem portu – ślicznie urządone, pięknie utrzymane. Najczęściej powtarzanym słowem było „nieprawdopodobne”. Wtem słyszymy, że ktoś nas woła. Patrzymy, pod daszkiem stoi dwóch kolesi i machają do nas: „Do you want some marijuana? LSD? Cocaine?”. Podziekowaliśmy grzecznie i poszliśmy dalej. Pod palmą stało dwóch następnych i tak samo, z uśmiechem na ustach zachwalają jaką dobrą marichuanę mają. Zapraszali nawet na degustację. Podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. Trzeba im przyznać, że doskonale mówili po angielsku, co jak się później okazało jest normą w Hiszpanii. W ten oto sposób pierwszy raz zostałem zaczepiony przez rasta dealera.


Palmy. Palmy są świetne!

Poszliśmy jeszcze kawałek, doszliśmy do muzeum katalonii. Na szczęscie było zamknięte, a że dochodziła trzecia, zawróciliśmy do hostelu. Na ulicy nie ubywało ludzi, mimo, że zaczął padać deszcz. W pewnym momencie Tomek zobaczył bramę, prowadzącą do uliczki, w której znikało dużo osób i nas tam zaciągnął. Była to jedna z wielu uliczek, jakich pełno w centrum. A na niej dużo klubów, przed każdym kolejka, do okoła dużo grupek rozbawionych ludzi. A między nimi krążące córy koryntu, niektóre subtelne, niektóre skrajnie wulgarne, właściwie z biustem na wierzchu. Wśród nich tarfił się jeden transwestyta, przynajmniej jednego rozpoznaliśmy. Pierwszy raz widziałem „transwestytę do wynajęcia”. Przy całej różnorodności ludzi, którzy tam byli, właściwie można powiedzieć, że wmieszał się w barwny tłum. Dochodziła czwarta, stwierdziliśmy, że czas się przespać i wróciliśmy do pokoju.

Następny poranek był cięzki. Sześć godzin snu naprawdę długim dniu nie starcza, zaczęło do mnie docierać co to znaczy, że w Barcelonie się nie śpi. Po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy do świątyni kibiców – stadionu FC Barcelony – Camp Nou. Tomek jest wielkim fanem piłki nożnej, ja byłem ciekawy jak to wygląda, a Marcin i Miriam nie mieli wyjścia, bo to my mieliśmy kluczyki. Stadion Camp Nou znajduje się w środku blokowiska i z zewnątrz nie sprawia wrażenia dużego. Jest to jednak największy stadion piłkarski w europie. Znalezienie kas z biletami zajęło nam troche czasu, do muzeum FC Barcelony nie weszliśmy. Zajrzeliśmy na pięć minut do sklepu FC Barcelony. Po godzinie Tomek wyszedl z reklamówką gadżetów. Mogliśmy spokojnie ruszyć na dalszy podbój miasta.

Miriam umówiła się z kolegą – Sergio – który z nami przyłączył się do naszej wycieczki. Zaczęliśmy od restauracji La Vaca Paka (la baka paka), w tłumaczeniu „Krowa Vaca”. Świetne miejsce – płaci się raz, je się ile się da. Wykorzystaliśmy to do granic możliwości, a chyba nawet ciut bardziej :) Zupełnie osłabieni, z ciążącymi brzuchami, ruszyliśmy zwiedzać miasto. Tej części wycieczki nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Trochę widać na zdjęciach, większości jednak nie. Trzy rzeczy mogę tylko napisać: chcę mieć palmy przed domem; Barcelonę trzeba zobaczyć i francuzi robią fajniejsze okiennice niż hiszpanie. I może czwarte – motorki i skurtery ślicznie wyglądają na parkingach, ale przeraźliwie hałasują.


Ja na Camp Nou

Zapatrzyłem się na budynki i ludzi, zgubiłem przez to kawałek rozmowy o tym gdzie jedziemy. Wsadzili mnie w metro i pojechaliśmy. Metro w Barcelonie jest zorganizowane świetnie, doskonale oznaczone, czyste i szybkie. Tyle, ze przez okna widać głównie ciemność. Na szczęście przesiedliśmy się do autobusu, widoki z okna utwierdziły mnie, że jestem w chyba najładniejszym mieście jakie widziałem. Po kilkunastu minutach wysiedliśmy nad morzem. A tam śliczny deptak i palmy. Świetne miejsce na spacer, pierwszy raz widziałem tyle palm jednocześnie. Zmęczenie i deszcz nakłoniły nas do wejścia do knajpy, gdzie przy pogaduszkach spędziliśmy dość dużo czasu. Przyszedł czas na gwóźdź wieczoru: Camp Nou. Miriam, Marcin i Sergio odłączyli się, a Tomek i ja ruszyliśmy na stadion.

Tak, naprawdę pojechałem na mecz! FC Barcelona vs Deportivo. Nikt mnie nie przymuszał, ani nawet nie namawiał. Stwierdziłem, że trzeba ten pierwszy raz zobaczyć jak wygląda prawdziwy sport i prawdziwe kibicowanie. Dojechaliśmy na stadion z dość dużą grupą kibiców, trafiliśmy tam korzystając z mądrości tłumu, czyli po prostu poszliśmy tam gdzie inni. Na mecz zostało sprzedane 63000 biletów, spodziewaliśmy się kolejek i przepychanek. Nic z tych rzeczy, wszystko płynnie, z uśmiechem i dzień dobry! Gdy weszliśmy na trybuny poczułem potęgę tego miejsca, naprawdę niezapomniane przeżycie. Większość odwiedzających stadion to byli tzw. zwykli ludzie. Młodzi, starzy, prości, krzywi, ot tacy jak na ulicy. I zero dresów, pijanych kiboli czy czegoś takiego. Dwa rzędy przed nami siedziała sobie mama z dwójką niedużych dzieci. Można powiedzieć za Johnym Bravo „Oh! Mama!” taka to była mama :) Niestety w czasie meczu dowiedziałem się, że sześciolatek i trąbka to nie jest najszczęsliwsze połączenie. Prawie nie pamiętam jak minęły te dwie godziny na stadionie. Gdyby tak u nas wyglądały stadiony, to może nawet bym zaczął chodzić. Wciągnąłem się i przy ładniejszych akcjach, w akompaniamencie krzyków 60 tysięcy ludzi, bawiłem się świetnie. I te emocje – złapie, nie złapie, dobiegnie czy nie dobiegnie. Kibicem raczej nie zostane, ale podobało mi się :) Po meczu spokojnie wyszliśmy i poszliśmy sobie do auta. To co zauważyliśmy, to to, że nie było tam ani jednego policjanta, żadnego ochroniarza. Po prostu nie byli potrzebni. Nieprawdopodobne.

Tym razem kierowanie samochodem wypadło na mnie. Jeżdzenie po Barcelonie jest przeżyciem samym w sobie. Dużo świateł, dużo ruch (mimo północy), a do tego wszędzie motorki, którym przepisy wogóle nie przeszkadzają w jeździe. Musieliśmy odwieźć Sergia na obrzeża miasta. Całkiem ładne osiedle, położone już właściwie w górach. Podróż była utrudniona o tyle, że nasza przewodniczka Miriam spożyła sangrię i zaczął jej się mylić angielski z hiszpański. Jechałem więc najpierw „straight”, a potem „a la derecha”. Dojechaliśmy, wysadziliśmy Sergia i od razu sie zgubiliśmy. W końcu wydostaliśmy się na autostradę i dojechaliśmy do hotelu, przy którym zgubiliśmy się jeszcze dwa razy. W samym hotelu tez przygoda – okazało się, że w Ibisie nie ma pokojów dwuosobowych z osobnymi łóżkami. W ten sposób pierwszy raz wylądowałem w małżeńskim łóżku z facetem. Podzieliliśmy pościel i udaliśmy się w obięcia Morfeusza. Była trzecia nad ranem, na szczęście trzeba było spać szybko. Przy okazji nauczka – jak rezerwujesz pokój dwuosoby sprawdź jakie są w nim łóżka :)

Wstaliśmy rankiem koło południa i ruszyliśmy dziarsko do rodziny Miriam. Początkowo wydawało mi się dziwne, ze obcy ludzie zapraszają nas na obiad, ale stwierdziłem, że jak będzie źle, to po prostu zwiejemy szybko. Miriam mieszka w miasteczku pod Barceloną, prawie na samym szczycie góry. Nie wiem jak tam wiechałem, nie wiedziałem, że samochody jeżdżą pod takim kątem. Gdy wysiedliśmy okazało się, że czeka na nas całkiem spora rodzinka – mama Miriam zaprosiła siostrę z mężem i dziećmi, swoją mamę, brata z chyba kogoś tam jeszcze. Uuuu, powiało grozą.


Widok z balkonu Miriam.
Tak mógłbym się budzić!

Hiszpanie, a właściwie Katalończycy, to bardzo mili ludzie i całkiem nieźle mówią po angielsku. A nawet Ci co nie mówią, pod wpływem wina dość szybko zaczynają :) Pierwszy raz miałem okazję obejrzeć tradycyjny dom i zjeść tradycyjną katalońską potrawę na „p”. Nazwy nie pamiętam, ale były to owoce morza z ryżem i chyba czymś jeszcze. Na pewno były tam langusty – takie coś co patrzy z talarza. Naprawdę niezłe. Zobaczyłem jak się pije wino „kava” po katalońsku – wlewa się je sobie do ust z takiego śmiesznego dzbanka z dziurką. Gdy panie poszły zająć się deserem, zaczęliśmy rozmawiać z Juanem. Okazało się, że po pracy zajmuje się polityką, przywodzi lokalnej lewicowej partii z dość silnymi zapędami separatystycznymi. Katalończycy nie uznają się za hiszpanów i próbują wynegocjować niepodległość. Na razie wywalczyli swoja własną domenę - .cat. Opowiadał dużo, o tym jak Hiszpania zmieniła się przez ostatnie dwadzieścia lat, jak podziałała wolność na ludzi, o swoich pomysłach na mobilizowanie lokalnych społeczności itd itd. Była to naprawdę interesująca rozmowa, ale jej szczegóły pominę, żeby nie truć. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze nadzieję go poznać – zaprosił nas, że jak tylko będziemy w Hiszpanii, to żebyśmy na pewno przyjechali do niego do domu. A podobno jest śliczny, nad samym morzem i z basenem. I wyglądało na to, że to zaproszenie to nie tylko zwrot grzecznościowy.

W miłej atmosferze czas mija szybko i tak było tym razem. Pożegnaliśmy się, Tomek wysępił kilka cytryn prosto z drzewa i ruszyliśmy do domu. Chłopaki poszli spać, ja sobie spokojnie wróciłem do Toulouzy. Na zakończenie powiem tylko, że bawiłem się świetnie i jak tylko będę miał okazję, to wracam do Hiszpanii na dłużej.